Tak przynajmniej określały go, choć może nie dosłownie, nasze media w latach 60. i 70. XX wieku.

 

Zanim jednak przejdziemy do dokonań naszego tytułowego bohatera, warto może zwrócić uwagę na kilka wyraźnych podobieństw pomiędzy naszymi krajami, czyli Polską i Wietnamem.

 

Jak chociażby początki państwowości, u nas rok 966 i Mieszko I, w Wietnamie za taką datę przyjmuje się rok 938, po bitwie pod Bach Dang. Okrzepnięcie tej państwowości, w Wietnamie wiek XI, panowanie dynastii Ly, u nas koronacja na króla Polski Bolesława Chrobrego w 1025 roku, czyli też w wieku XI.

 

Podobna powierzchnia kraju, my 314 tys. km2, oni 331 tys. km2, choć mapę naszego kraju dałoby się jakoś wpisać w okrąg, natomiast Wietnam długością (ok. 1.900 km), mógłby próbować konkurować z Chile (ok. 3.800 km).

 

Mimo różnic czasu i przeciwników, pewne wspólne elementy można też znaleźć w historii walk o niepodległość. Naszą historię rozbiorów znamy, a wietnamska (w dużym skrócie) to okupacja francuska (w 1859 roku Francuzi zdobyli Sajgon), a rok 1883 to całkowita utrata niezależności i status protektoratu Francji.

 

Rok 1940 to zajęcie Indochin przez wojska japońskie, czemu Francuzi nawet nie starali się przeciwstawić. Nam też jakoś słabo pomogli w 1939 roku.

 

I tu po raz pierwszy na terenie Wietnamu pojawia się, jako już w pełni uformowany w przekonaniach polityk, nasz tytułowy bohater (fot. 1).

 

Fot. 1. Tow. Ho Chi Minh (chyba nawet specjalnie niepodretuszowany, jak pewien przywódca radziecki w ostatnich latach życia) – fot. Wikipedia

 

Skąd się jednak wziął?

 

Urodził się w 1890 roku w prowincji Ngha An, a jego pierwsze nazwisko brzmiało Nguyen Sinh Cung. Po ukończeniu szkoły zaciągnął się na statek (oczywiście francuski), z którym, pełniąc funkcję pomocnika kucharza, przez kilka lat zdążył odwiedzić nie tylko Francję, ale także Anglię i Stany Zjednoczone.

 

W 1919 roku, już pod nazwiskiem Nguyen Ai Quoc wstąpił do Francuskiej Partii Socjalistycznej, chwilę później znalazł się wśród członków-założycieli Francuskiej Partii Komunistycznej. W 1930 roku w Hongkongu zakłada Komunistyczną Partię Wietnamu, chwilę później przemianowaną na Komunistyczną Partię Indochin. Póki co jednak władza Francuzów trzyma się na tyle mocno, że nie da się zrobić nic więcej, choć przynajmniej w nazewnictwie można było pójść krok dalej i utworzyć Komunistyczną Partię Azji i Okolic.

 

Druga wojna światowa i spektakularna klęska Francji w 1940 w Europie, której nie pomogła nawet linia Maginota, brak jakiegokolwiek, choćby symbolicznego przeciwstawienia się Japończykom w Indochinach, daje jednak szansę zaistnienia naszemu bohaterowi. Pojawia się on na terenach dzisiejszego Wietnamu w 1941 roku i przystępuje do tworzenia Ligi Niepodległości Wietnamu, skierowanej zarówno przeciwko Japonii, jak i Francji. Na początku brak jest większych sukcesów tej inicjatywy, ale znowu wydarzenia geopolityczne przychodzą w sukurs. Po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki, kiedy Japonia zostaje praktycznie pokonana, w sierpniu 1945 roku powstaje Komitet Wyzwolenia i wybucha ogólnonarodowe powstanie. Po zaledwie 2 dniach zwycięskich walk z resztkami wojsk japońskich komitet ten przejmuje władzę nad całą północną częścią kraju, a 2 września 1945 roku proklamowano powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu.

 

Mimo podpisania w marcu 1946 roku w Paryżu porozumienia, uznającego istnienie suwerennego Wietnamu Północnego, Francuzi nie zrezygnowali z prób podporządkowania sobie całego Wietnamu, jak za czasów swojej świetności kolonialnej.

 

 Rozpoczyna się wieloletnia I wojna indochińska, prowadzona metodą partyzancką, zakończona w maju 1954 roku wielką bitwą pod Dien Bien Phu, czyli spektakularną klęską ekspedycyjnych wojsk francuskich, w dużej mierze opartych o Legię Cudzoziemską. Do niewoli dostało się ponad 10 tys. żołnierzy, przy czym kierując się zasadami humanizmu nie wszystkich ich później zabito, część, ok. 3300, przekazano z powrotem Francuzom, choć w stanie, delikatnie mówiąc, znacznego wychudzenia.

 

Bitwa ta zakończyła okres kolonialnego panowania Francji w Wietnamie i jej zaangażowania w Indochinach. Doprowadziła do Konferencji Genewskiej, mającej zjednoczyć kraj na drodze demokratycznych wyborów. Nie doszło jednak do tego, Wietnam został tymczasowo podzielony wzdłuż 17 równoleżnika, a prezydent południa Ngo Dinh Diem wsparty przez Amerykanów proklamował 26 października 1955 roku oddzielne państwo.

 

Nadzieje Wujka Ho, który w międzyczasie zamienia tytuł premiera na prezydenta, na opanowanie całego kraju poprzez obalenie Ngo Dinh Diema póki co nie sprawdzają się.

 

Marzeń o zjednoczeniu narodu Ho Chi Minh nie potrafił jednak porzucić, co doprowadziło do wybuchu kolejnej, drugiej już wojny indochińskiej. Już w 1957 roku organizacje komunistyczne działające na południu kraju rozpoczęły dokonywanie zamachów na przedstawicieli miejscowych władz, w 1958 roku, na 15. plenum Wietnamskiej Partii Pracujących, Biuro Polityczne większością głosów (podobno wbrew woli samego Ho Chi Minha) podjęło decyzję o poparciu powstania komunistycznego na południu. Podjęto też budowę tzw. szlaku Ho Chi Minha, służącego do transportu na Południe oddziałów wojskowych i zaopatrzenia. W efekcie siła bojowa wojsk komunistycznych w Wietnamie Południowym rosła w szybkim tempie, a w latach 1960–1965 znacznie wzrosła też liczebność sił partyzanckich, zwanych dla celów propagandowych Viet Congiem.

 

Początkowo wojska południa radzą sobie dobrze, ale straty rosną, a całkowite pokonanie kryjącej się w dżungli partyzantki okazuje się niemożliwe. Tym bardziej, że udzielane jej wsparcie z północy kraju i ze strony Chin ciągle wzrasta.

 

30 lipca 1964 roku na wodach Zatoki Tonkijskiej dochodzi do tzw. incydentu, czyli ataku północnowietnamskich kutrów torpedowych na amerykański okręt wojenny. Jest to pretekst do rozpoczęcia amerykańskiej akcji militarnej przeciwko Wietnamowi Północnemu i sterowanej przez niego partyzantce na południu. A znacznie bardziej agresywnie nastawiony nowy prezydent USA (którym po zastrzeleniu w Dallas Johna Kennedy’ego był już Lyndon B. Johnson) wysyła do Wietnamu coraz więcej oddziałów piechoty, lotnictwa i okrętów wojennych, rozpoczynają się też naloty na komunistyczną północ kraju (operacja o kryptonimie Rolling Thunder).

 

A w naszej ówczesnej prasie informacje o toczonej przez imperialistów „brudnej wojnie” w Wietnamie były stałym elementem jej pierwszych stron (fot. 2).

 

Wojny nie przerwała nawet śmierć naszego bohatera, który zmarł 2 września 1969 roku w swoim domu w Hanoi na atak serca.

 

Fot. 2. 50 lat temu, zwykle na pierwszej stronie gazet mieliśmy takie informacje

 

Dlaczego jednak największa potęga militarna świata nie potrafiła tej wojny wygrać?

 

Zdania w tej materii są podzielone, wszak nawet bez użycia broni jądrowej starcie tak różniących się potencjałem wojskowym krajów nie powinno trwać dłużej niż kampania wrześniowa 1939 roku w Polsce. Bardzo ciekawy artykuł ukazał się ostatnio w dodatku „Rzecz o historii” gazety „Rzeczpospolita”. Jego autor stawia wręcz tezę, że administracji amerykańskiej wcale nie chodziło o wygranie, lecz w interesie wielu kół biznesu i przemysłu wojennego leżało jak najdłuższe kontynuowanie walk, co pozwalało znajdować zbyt dla rosnącej produkcji sprzętu wojskowego i było motorem napędzającym gospodarkę, nie gorzej niż ambitny program kosmiczny, ukoronowany 21 lipca 1969 roku pierwszym lądowaniem na Księżycu. Odtajniony w 1985 roku raport nt. „Rules of Engagement” o zasadach prowadzenia wojny wietnamskiej wydaje się wspomnianą wyżej tezę w pełni uzasadniać.

 

Po zjednoczeniu kraju, co po wycofaniu się Amerykanów na podstawie traktatu podpisanego w styczniu 1973 roku nastąpiło w 1975 roku, armia południowowietnamska nie miała już żadnych szans, a ostateczny atak na Sajgon i jego zdobycie nastąpiły niemal natychmiast, w ramach tzw. „ofensywy Ho Chi Minha”.

 

Pewnie pamiętacie Państwo choć urywki propagandowego filmu pokazującego paniczną ucieczkę ostatnich Amerykanów z Sajgonu. W tym drabinkę sznurową spuszczoną ze śmigłowca na dach jednego z budynków, konkretnie tego z trudem widocznego na fot. 3.

 

Fot. 3. Widać tylko fragment, po lewej stronie, za tym z kilkuspadowym ceglastym dachem, a przed niebieskim wieżowcem

 

Prawda wyglądała jednak trochę inaczej, osoby uciekające po drabince do śmigłowca to obywatele Wietnamu Południowego, dla których kontakt z wojskami Wujka Ho był zapewne ostatnim wydarzeniem w życiu, a dyplomata amerykański jedynie przytrzymywał im tę drabinkę.

 

Zmieniono też wówczas oficjalną nazwę miasta (do której to nazwy jeszcze wrócimy), z Sajgonu na Ho Chi Minh City, z tym, że w potocznym języku nazwa Sajgon jest nadal powszechnie używana.

 

Tragicznym efektem tej wojny było 3 miliony zabitych Wietnamczyków i ok. 58 tys. żołnierzy i doradców amerykańskich plus ok. 150 tys. rannych i jeszcze ok. 20 tys. byłych żołnierzy armii USA, którzy z różnych względów w późniejszych latach popełnili samobójstwo.

 

Jakie były jednak budowlane dokonania naszego bohatera? Tu muszę Państwa trochę rozczarować, bo prawie żadne.

 

Samo Hanoi, gdzie spędził ostatnie 25 lat życia nie jest zbyt urodziwym miastem. Jego największymi atrakcjami, przynajmniej w rozumieniu miejscowych przewodników są okolice Jeziora Zachodniego, gdzie wyróżnia się najbardziej monumentalny gmach w tej części miasta, wysoki na 21,6 m i szeroki na 41,2 m, a jest nim mauzoleum Ho Chi Minha (fot. 4).

 

Prawda, że przepiękne, trochę wzorowane na mauzoleum Lenina w Moskwie?

 

Czy Wujek Ho zaczął sobie przygotowywać to miejsce za życia? Nic podobnego, bo różne rzeczy można o nim powiedzieć, ale nie to że miał skłonności do przepychu, jak niektórzy jego poprzednicy z tego cyklu artykułów, np. egipscy faraonowie czy Nicolae Ceaușescu, jest pewne.

 

Był zdecydowanie przeciwny takiej budowli, więc zaczęto ją wznosić dopiero w 1973 roku, czyli 4 lata po jego śmierci. Lokalizacja na placu Ba Dinh została wybrana nieprzypadkowo – w tym właśnie miejscu, też 2 września 1945 roku, nasz bohater odczytał deklarację niepodległości ustanawiając Demokratyczną Republikę Wietnamu (DRW). Budowę zakończono w 1975 roku, w środku przechowywane są zabalsamowane (przez specjalistów radzieckich) zwłoki Wujka Ho.

 

Fot. 4. Monumentalne mauzoleum Ho Chi Minha w Hanoi

 

W dzień naszej wizyty było niestety zamknięte, eleganccy żołnierze w nieskazitelnie białych mundurach nie pozwalali nawet wejść na pobliski trawnik, wg miejscowego przewodnika mumia naszego bohatera była akurat nieobecna, odwiedzając Rosję w celu utrwalenia powłok balsamujących.

 

Nieopodal mauzoleum wznosi się kolejny monumentalny budynek, to muzeum Ho Chi Minha, pochodzące z 1990 roku (fot. 5).

 

Fot. 5. Muzeum Ho Chi Minha w Hanoi

 

Ciekawsze i, co ważne, znacznie bardziej emocjonalnie związane z naszym bohaterem są jednak trzy niepozorne budynki usytuowane również obok południowego brzegu Jeziora Zachodniego.

 

Pierwsze dwa to niewielki, parterowy dom nr 54, w którym Ho Chi Minh żył i pracował od 1954 roku oraz usytuowany przy nim budynek garażowy, gdzie eksponowane są samochody, jakie otrzymał w prezencie od przywódców innych krajów tzw. KDL-u (czy ktoś z Państwa jeszcze pamięta ten skrót?).

 

Na pierwszym planie fot. 6. radziecka „Pobieda”, czyli skłusowany amerykański Ford z lat 30. XX wieku.

 

Fot. 6. Pobieda – jeden z kilku samochodowych prezentów

 

Największe kolejki mieszkańców Hanoi ustawiają się jednak do tzw. „domku na palach” (fot. 7), do którego wnętrz można zajrzeć z przybudowanego metalowego pomostu. Potwierdzają one skromne potrzeby jego mieszkańca, czyli naszego Wujka Ho, w latach 1959 – 69, wygląd sypialni przypomina skromną studencką stancję (fot. 8).

 

Te fakty są bezdyskusyjne, nie zmienia ich nawet to, że wcześniej czasem budowano na mniejszej ilości pali czy kolumn. Na fot. 7 widać tych pali przynajmniej kilkanaście, a ustawiona na niedalekim stawiku buddyjska pagoda Chua Mot Cot z 1049 roku poświęcona bogini Bodhisattva Avalokiteshvara stoi na pojedynczym filarku. Mimo, iż oryginał został zniszczony w latach 50. przez wojska francuskie, a to co widzimy na fot. 9 to tylko starannie odtworzona replika, nie powinna zostać pominięta przy zwiedzaniu Hanoi.

 

Wart odwiedzenia jest też niewielki, ledwie co zagłębiony w ziemi schron, do którego w trakcie amerykańskich nalotów przenoszono rozmowy, jakie Ho Chi Minh akurat prowadził z odwiedzającymi go gośćmi, w tym Nikitą Chruszczowem, a więc osobą, która chyba też powinna doczekać się osobnego wspomnienia w cyklu niniejszych artykułów (choć oczywiście pierwszeństwo w tym względzie należeć się będzie komuś innemu, przez najbliższych współpracowników zwanego Kobą).

 

Fot. 7. „Domek na palach”, zwykle ze znacznie dłuższą kolejką odwiedzających

 

Fot. 8. Skromna, niewielka sypialnia Wujka Ho

 

Fot. 9. Pagoda Jednej Kolumny na ul. Ong Ich Kiem

 

Zupełnym przeciwieństwem w sumie niewielkiego, wręcz prowincjonalnego Hanoi jest położony o 1500 km na południe kosmopolityczny Sajgon, czyli oficjalnie Ho Chi Minh City. Sajgon jest miastem gigantycznym, liczebność jego populacji nie jest dokładnie znana, wg różnych danych wynosi od 9 do 13 milionów, a ok. 90% osób dorosłych posiada skuter.

 

Nie ma metra, choć przy pomocy firm japońskich budowane jest już od kilkunastu lat (fot. 10), autobusy grzęzną w korkach, samochody są tak piekielnie drogie, że mało kogo na nie stać (i słusznie, gdyby było inaczej, ulice Sajgonu stałyby się nieruchomym parkingiem milionów samochodów), wszyscy jeżdżą na skuterach. Mimo, że paliwo nie jest jakoś szczególnie drogie, rzadko kiedy opłaca się jeździć w pojedynkę … (fot. 11).

 

Fot. 10. Metro ciągle w budowie, to pewnie wina japońskiego braku profesjonalizmu …

 

Fot. 11. Czwórka na małym skuterze to jeszcze daleko do rekordu

 

Pieszy traktowany jest jako dysonans, nie tylko na jezdni, ale także na chodniku, służącego głównie do parkowania skuterów, ewentualnie przejechania kawałek pod prąd, bo przecież korek trzeba jakoś objechać. Zielone światło na nielicznych przejściach to, jak twierdzą miejscowi, nie jest gwarancja bezpieczeństwa pieszego, a tylko propozycja, żeby zaryzykować.

 

Być może właśnie stąd wzięło się popularne polskie slangowe powiedzenie „ale Sajgon”, choć równie prawdopodobne jest to, że pochodzi od totalnego rozgardiaszu i paniki poprzedzającej wkroczenie do miasta wojsk północy w 1975 roku.

 

Skoro więc budowlane dokonania naszego skromnego bohatera były jeszcze bardziej skromne niż on sam, to może warto poszukać innych budowniczych w 1000-letniej historii Wietnamu.

 

I tu mamy prawdziwe bogactwo do wyboru, zaczynając od najstarszych, jak hinduistyczne sanktuaria ludu Czamów w My Son, których powstanie datuje się na IV wiek naszej ery i przypisuje królowi Bhadrawarmanowi I, a następnie, po spaleniu się drewnianych zabudowań, królowi o równie prostym imieniu Sambhuvarmana.

 

Budowlaną ciekawostką jest fakt, że budowle te (fot. 12 i 13) wzniesiono z cegły bez użycia zaprawy murarskiej, stosując prawdopodobnie specjalny klej uzyskiwany z miejscowych roślin, a liczne postacie pokrywające elewacje budowli rzeźbiono w cegle dopiero po wymurowaniu całej ściany.

 

Sanktuarium My Son położone jest niedaleko słynnej amerykańskiej bazy wojskowej Da Nang okresu ostatniej wojny wietnamskiej. Rodziło to poważne zagrożenie, zatem dzielni żołnierze Wujka Ho starali się ten zabytek maksymalnie zabezpieczyć. W ruinach usytuowano więc wyrzutnie rakiet, mogących odeprzeć atak amerykańskiego agresora. Ale ponieważ ten jakoś nie następował, póki co rakietami tymi ostrzeliwali położoną niewiele ponad 25 kilometrów dalej bazę w Da Nang.

 

Fot. 12. Kosagryha na terenie sanktuarium My Son (czyli połączone funkcje kuchni i biblioteki)

 

Fot. 13. Kalon, czyli główna świątynia My Son poświęcona bogini Sziwie Sambhubhadreszwarze

 

Odpowiedzią był nalot bombowców B-52, które w sierpniu 1969 roku zbombardowały teren sanktuarium, powodując liczne zniszczenia, co wzbudziło oburzenie całego cywilizowanego świata, zwłaszcza tego od Phenianu do Berlina Wschodniego.

 

W częściowej rekonstrukcji, po rozminowaniu terenu (co także pociągnęło za sobą sporo ofiar śmiertelnych) w latach 90. wzięli udział specjaliści z lubelskich Pracowni Konserwacji Zabytków, kierowani przez Kazimierza Kwiatkowskiego. Dziś ruiny sanktuarium, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego (fot. 14) są w pełni dostępne do zwiedzania, choć jak widać na fot. 12 i 13 dżungla ponownie stara się objąć je we władanie.

 

Fot. 14. Plan ruin My Son

 

Na pewno warta odwiedzenia jest również stara cesarska stolica – Hue. Tu też nie ma żadnych budowli związanych z Wujkiem Ho, no może poza nasypem, pod którym racjonalnie, aby oszczędzać naboje, żywcem zakopano parę tysięcy ludzi po zdobyciu miasta przez wojska Viet-Congu.

 

Jest za to sporo innych zabytków, warto np. natomiast obejrzeć królewską cytadelę, czyli ogromną twierdzę – pałac, której budowę na wzór pekińskiego Zakazanego Miasta rozpoczął w 1805 roku pierwszy cesarz z dynastii Nguyen, Gia Long.

 

Nie da się wymienić wszystkich twórców imponujących budowli do dziś zachowanych w Wietnamie.

 

Skoro zaczęliśmy od królów ludu Czamów, jako że pierwsza dynastia, Hong Bang, sprzed ok. 5000 lat to raczej tylko legenda, coś na wzór naszego króla Popiela i dynastii Popielidów, to wspomnijmy o tych bezpośrednio poprzedzających burzliwy wiek XX.

 

Czyli o ostatnich przedstawicielach dynastii Nguyen, również wybitnych budowniczych. Najpierw panującego w latach 1848 – 83 cesarza Tu Duca, twórcy 10-hektarowego kompleksu Pałacu Letniego, potężnego władcy, który choć sam mierzył 152 cm wzrostu, miał ponad 100 oficjalnych żon i kilkaset konkubin. Podobno jednak nie doczekał się potomka, co potwierdza znaną prakseologiczną zasadę, sformułowaną także przez profesora Tadeusza Kotarbińskiego, że chcąc osiągnąć zamierzony cel nie należy za bardzo się rozpraszać.

 

Kolejny wielki budowniczy to 12. z kolei przedstawiciel dynastii Khai Dinh. Ten władca, będący już raczej tylko marionetką w rękach Francuzów, najbardziej skoncentrował się na własnym pochówku, aż 11 lat trwała budowa jego imponującego grobowca na zboczu góry Chau Chu (fot. 15) z wnętrzami nieco bardziej ozdobnymi niż sypialnia Wujka Ho (fot. 16). Jako zdeklarowany frankofil władca ten bardzo lubił francuską porcelanę, z tym, że wykorzystywana była ona w dość specyficzny sposób, otóż po dostarczeniu tłuczono ją, a odłamkami wykładano ściany.

 

Fot. 15. Imponujące schody prowadzące do grobowca Khai Dinha

 

Koszty budowy kompleksu pogrzebowego były tak wielkie, że wymusiło to podniesienie w całym kraju podatków, aż o 30%, przy których nasza podwyżka VAT-u z 22 na 23% to drobiazg. Która zresztą, jak może Państwo pamiętacie, miała być wprowadzona tylko na jeden rok.

 

Fot. 16. Fragment wnętrza pałacu pod sarkofagiem cesarza

 

Podniesienie podatków jest dla władcy zawsze ryzykowne, za życia wymaga więc rozbudowy aparatu ich ściągania i przybocznej gwardii. Ale co po śmierci, czy gwardziści będą nadal lojalni? Przy takich wątpliwościach bezpieczniejsza wydaje się armia z kamienia (fot. 17), czyli pomysł na jaki już 2000 lat wcześniej wpadł chiński cesarz Qin Shu Huang (ten od Wielkiego Muru i terakotowej armii).

 

Fot. 17. Akurat ten żołnierz, mimo że niezbyt rosły, okazał się całkowicie odporny na wszelkie niecne propozycje.

 

Myślę, że warto też podzielić się z PT Czytelnikami pewnym paradoksem, zwłaszcza, że ma on duże konotacje z Polską. Otóż okazuje się, żeby zapisać się (w dobrym tego słowa znaczeniu), jako budowniczy i zaskarbić sobie wdzięczność potomnych, wcale nie trzeba niczego zbudować. Wystarczy tylko nie dać czegoś zniszczyć.

 

I tu modelowym wręcz przykładem jest liczące 120 tys. mieszkańców wietnamskie miasto Hoi An położone w środkowym Wietnamie oraz nasz rodak, wspomniany już wyżej architekt Kazimierz Kwiatkowski. To głównie jego determinacja uchroniła w latach 90. przed rozbiórką stare zabytkowe centrum miasta. Zgodnie z wolą ówczesnych miejscowych władz stare slumsy miały zostać rozebrane, a w tym miejscu powstać eleganckie budynki wielorodzinne, być może wzniesione przy pomocy bratnich krajów, coś na wzór tych którymi ZSRR uszczęśliwił gruzińskie Batumi, a towarzysze z NRD wznieśli w stolicy Zanzibaru (fot. 18 i 19).

 

Upór nieżyjącego już Pana Kazimierza ocalił jednak starą zabudowę Hoi An, w tym także wzniesiony w 1593 roku przez Japończyków most (fot. 20), mający łączyć dwie dzielnice miasta, chińską i japońską, obecnie jedyny na świecie kryty most z buddyjską świątynią w środku.

 

Fot. 18. Śródmieście Zanzibaru - spełnione marzenia mieszkaniowe?? potomków obalonego w 1964 roku ostatniego sułtana Dżamszid ibn Abd Allaha.

 

Fot. 19. Aż chciałoby się tu zamieszkać, prawda? Z górnych pięter może nawet widać herbaciane pola Batumi, z magnetofonu można puścić sobie piosenkę Alibabek.

 

Fot. 20. Zachowany XVI-wieczny Most Japoński w Hoi An, porównajmy z uroczym zdjęciem poprzednim.

 

Starówka miasta, która w 1999 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO jest naprawdę warta odwiedzenia. Dziś Hoi An jest często określane jako najładniejsze, najbardziej romantyczne miasto Wietnamu, urokliwe zwłaszcza nocą, kiedy w wodach rzeki Thu Bon odbijają się nie tylko światła pływających po niej turystycznych łódek i lampionów, ale także dziesiątków nadbrzeżnych barów i restauracji, też udekorowanych setkami bajecznie kolorowych lampionów (fot. 21 i 22). A wdzięczni mieszkańcy, którzy zamiast wegetować w betonowych klitkach prowadzą te interesy, wznieśli swojemu dobroczyńcy pomnik ustawiony przy głównej handlowej ulicy miasta (fot. 23).

 

Fot. 21. Nocny widok na rzekę Thu Bon i starówkę Hoi An

 

Fot. 22. Nocna feeria lampionów w Hoi An
(Autor Thanh Soledas / Unsplash)

 

Fot. 23. Pomnik Kazimierza Kwiatkowskiego w Hoi An

 

Wróćmy jednak do naszego tytułowego bohatera. „Wujek Ho” jest nadal żywo obecny w społeczeństwie współczesnego Wietnamu. Tak jak już pisałem pracowici Wietnamczycy zajmują się głównie zarabianiem pieniędzy. I tu nieunikniony jest codzienny kontakt z portretem byłego przywódcy (fot. 24).

 

Fot. 24. Razem 7000, brzmi to dobrze, ale jest równowartością co najwyżej 1,20 zł.

 

Z pewnością może powstać u Państwa wątpliwość, na jakiej podstawie Wujek Ho trafił do cyklu o dyktatorach i ich budowlach.

 

Już spieszę z wyjaśnieniem.

 

Dyktatorem był ponad wszelką wątpliwość. Ale faktycznie mało co wiąże go z budowlami, których wznoszeniu, w tym tych dla siebie samego, był zdecydowanie przeciwny.

 

Tym niemniej coś stworzył, a tym czymś jest projekt znacznie większy od nawet egipskich piramid – jest nim współczesny Wietnam. Kraj ludzi bardzo otwartych, ciepłych i pracowitych.

 

Na tyle ciepłych, że (to oczywiście tylko moje zdanie), lepiej się wśród nich czujemy niż wśród Tajów w Tajlandii, Khmerów w Kambodży, czy ludów Indonezji.

 

Na tyle pracowitych, że trafił na tzw. listę NEXT 11 – jedenastu państw, które zapewne staną się potęgami gospodarczymi świata w XXI wieku.

 

Ludzi odpornych na wszelkie przeciwności, kiedyś na napalm, dziś na klimat, insekty, wodę (fot. 25), podatki od nieruchomości (fot. 26), odpornych nawet na komunistyczną władzę, która, co uczciwie trzeba przyznać, specjalnie w codziennym życiu nie przeszkadza.

 

Dlatego też uznałem, że warto o tak nietuzinkowej postaci wspomnieć ….

 

Fot. 25. Żeby po 1,5 godziny stania w wodzie po pas i machania ciężkimi kukiełkami mieć jeszcze siłę kłaniać się publiczności, trzeba być odpornym.

 

Fot. 26. Dlaczego od frontu są tak wąskie, czy czasem podatek nie jest wymierzany w zależności od szerokości ulicznej elewacji … ?

 

Mam nadzieję, że skutecznie namówiłem Państwa na odwiedzenie Wietnamu. Najlepiej jak najwcześniej, w najbliższej porze suchej (nasza zima), kiedy jeszcze tą potęgą gospodarczą nie został i ma przystępne ceny (zapewne najtańsze piwo świata Bia Hoi, za ok. 90 groszy), a w zatoce Ha Long (czyli Lądującego Smoka) z 1969 skalistymi wysepkami (fot. 27) zostało jeszcze trochę widocznej wody pomiędzy burtami wycieczkowych statków.

 

Fot. 27. Zatoka Ha Long, zaraz po świcie, więc jeszcze dość pusto, za 3 godziny się zaroi