Elektronizacja zamówień publicznych, choć przecież pewna od momentu zakończenia prac nad zamówieniowymi dyrektywami w 2014 r., jak zwykle wszystkich zaskoczyła. Najbardziej chyba Urząd Zamówień Publicznych, który długo obiecywał, że zdąży przygotować odpowiednie narzędzia, jednak obietnicy nie dotrzymał i na chybcika wprowadzał rozwiązania zastępcze, tymczasowe, prowizoryczne (swoją drogą, takie rozwiązania zwykle mają tendencję do trwania ponad oczekiwania i właśnie zanosi się, że tak będzie także w tym przypadku). Przypomnijmy: elektronizacja zamówień publicznych o wartości od progów unijnych wzwyż obowiązuje od października ubiegłego roku. Elektronizacja zamówień publicznych, których wartość przekracza 30.000 euro, ale jest niższa od progów unijnych, ma nastąpić z dniem 1 stycznia 2020 r., czyli za parę miesięcy.

Niestety, do działania na ostatnią chwilę jesteśmy już przyzwyczajeni. Zarówno zamawiający, jak i wykonawcy, nie mają innego wyjścia, jak tylko się dostosowywać. Oczywiście, warunki czynią to dostosowanie trudniejszym – nie ma sprawdzonych, odpowiednio przetestowanych rozwiązań, kampanie informacyjne są mocno spóźnione (a i dość ubogie – naprawdę pomocne rozwiązania ograniczają się do kilku filmów pokazujących funkcjonowanie poszczególnych rozwiązań miniportalu), a na dodatek wciąż nie wiemy, jak wszystko będzie wyglądało za kilkanaście miesięcy. W przygotowaniu niespecjalnie pomógł nawet elektroniczny JEDZ, który przez pół roku funkcjonował niejako w oderwaniu od całej reszty procedury pozostającej na papierze –